Długie przeloty wolnymi drogami, leśne proste i mało zakrętów, deszcz i boczny wiatr, problemy z lokalizacją GPS. Ale też ciekawe miasto nadbałtyckie Kłajpeda, Niemen, święta Góra Krzyży i Kiejdany. Tak krótko, jak właśnie trwa weekend, można opisać naszą majową wizytę na Litwie.
Latem można liczyć na fajną pogodę i z wyprzedzeniem planować podróże motocyklowe. Zapaleńcy motocyklowi cieszą się każdą pogodą, ale to, że się da, nie zawsze musi oznaczać, że będzie fajnie. Tym razem uznaliśmy, że tylko w maju znajdziemy czas na wspólną wycieczkę. W zasięgu trzech dni, lecz tam gdzie jeszcze nie byliśmy. A nie byliśmy w Kłajpedzie. I tam właśnie wybraliśmy najdalszy punkt naszej krótkiej wycieczki motocyklowej.
Dojechać jak najdalej
Jeśli nie chcesz pędzić super szybko, to jedynym sposobem jest wyjechać wcześniej. Dlatego w czwartek ruszyliśmy, by wieczorem być jak najbliżej Litwy. Z Warszawy do Suwałk prowadzi wiele dróg, a my wybraliśmy S8 i potem S61. Szybko dotarliśmy do ciekawego, małego noclegu nad jeziorem poza miastem. Po szybkich zakupach zalogowaliśmy się i mieliśmy niemalże cały budynek dla siebie.
Powoli przez granicę
Rano było pochmurno, lecz nie ma strachu, deszcz dopiero nas goni. Uciekniemy. Ale postanowiliśmy uciekać wąskimi drogami. Już wtedy były jakieś zakłócenia GPS. Bokiem dojechaliśmy do Wiżajny, a potem przez Sadowskie przeskoczyliśmy granice z Litwą. To znaczy nie tak szybko, bo nie licząc objazdów, to na granicy zatrzymał nas strażnik graniczny z czającym się nieopodal uzbrojonym żołnierzem WOTu. Zapytał o kilka rzeczy, lecz w sumie nie chciał niczego szczególnego.
Mapa papierowa zamiast GPS
Dobrze, że wziąłem papierową mapę Litwy. Nawigacja szalała, wskazując naszą pozycję chyba w losowych miejscach. Domyślaliśmy się co może być przyczyną, dlatego nie przejęliśmy się zbytnio. Papieru nikt nie zagłuszy. I tak podążaliśmy trochę za znakami, trochę za intuicją, trochę asfaltem a chwilami szutrami, aż dotarliśmy do Jurbork, gdzie chwilę spędziliśmy nad Niemnem.
Jedzenie w przydrożnej knajpie
Trochę mało zdjęć robiliśmy w trakcie przejazdu Litwą wzdłuż granicy z Królewcem. Być może na wyrost wyłączyliśmy telefony. Być może to był powód, dla którego przystanki w drodze były bardziej spontaniczne. Trochę przypominały czasy gdy telefony, internet i nawigacja nie zastępowały wyczucia i spostrzegawczości. Przypominaliśmy sobie coś z tego i chyba właśnie ten zapomniany instynkt zawiódł nas do przydrożnej knajpki w małej miejscowości. Staraliśmy się użyć języka polskiego, angielskiego i nawet rosyjskiego, kalecząc przynajmniej 2 z nich, aby wytłumaczyć, że chcielibyśmy zjeść coś regionalnego. Panie wolały swoim językiem odpowiadać wspomagając się rękoma. Chyba się udało, bo dostaliśmy kotlet ciekawie przyprawiony i dodatki niby podobne jak u nas a jednak smakujące trochę inaczej.
Długo, prosto przez las
Chcę wspomnieć, że ograniczenia prędkości są wszędzie. I wszędzie powinno się ich przestrzegać, niezależnie czy mogą ukarać czy nie. Jednak tutaj, na drodze nr 141, jazda ciągnęła się monotonnie i długo. Chyba ze dwa razy zdrzemnąłem się w trakcie jazdy. Oczywiście żart, lecz monotonność mnie dobijała. Niewiele ciekawego widzieliśmy, poza rozpadającymi się budynkami i kilkoma szkołami wystawionymi na sprzedaż. Niemniej jechaliśmy, bo Kłajpeda czekała.
Kłajpeda jak port długa
Dość późno dotarliśmy do nadbałtyckiej Kłajpedy. Hotel znaleźliśmy łatwo i to blisko wody. Wyobraziliśmy sobie fajny spacer do centrum brzegiem Bałtyku. Ale nic z tego. To jakby granica. Port ogrodzony, tylko dla chcących się gdzieś przeprawić lub zaciągnąć się na kontenerowiec. Długo szliśmy, aż dotarliśmy do zamku w Kłajpedzie i za nim wąskiego paska z dostępem do wody. Oczywiście był to fajny pasek, miejsce spotkań młodych mieszkańców i romantycznych spacerów. Zrobiliśmy kilka fotek na pamiątkę, popatrzyliśmy jak kontenerowiec płynie do portu i udaliśmy się na starówkę. Było już po 21.00, a należy pamiętać, że czas tutaj jest o godziną do przodu względem polskiego. Ludzi fajnie bawili się w knajpkach, ale poza tym miasto było wyludnione. To pewnie wina zimnego maja. Powoli dotarliśmy do hotelu, bo jutro będziemy szukali plaży a potem krzyży.
Z plaży do krzyży czyli uciekając przed deszczem
Wyjechaliśmy z hotelu szukając plaży i widoku na Bałtyk. Nie było to łatwe, bo GPS lokalizował mnie na środku morza. Jakoś udało się dotrzeć molo należące jeszcze do miasta. Postawiliśmy motocykle na płatnym parkingu i pomaszerowaliśmy po piasku na Melnrages Molas. Plaża jak plaża, jeszcze nie przygotowana na turystów. Weszliśmy na molo, które jednocześnie było częścią wyjścia statków z portu. Poza widokami popatrzyliśmy na jeszcze większy kontenerowiec płynący tuż obok nas (ale to wielkie). Mimo że pozycję nadal miałem na morzu znaleźliśmy drogę A11 (niby autostrada a 90 km/h) prowadzącą do Szawle. Znowu długa prosta przez lasy, nawet nie wspominam o ograniczeniach prędkości. Deszcz czai się gdzieś po lewej.
Wśród krzyży z wycieczką
Zastanawiałem się, jak miejsce tak stare (od 1430 r.) i tak ważne dla wiernych może być takie chaotyczne. Ale gdy weszliśmy na Górę Krzyży chyba zrozumiałem. Myślę, że wierni wierzą w świętą moc tego miejsca, którego nawet masowo wycinanie krzyży piłami i buldożerami nie zlikwidowało. Nie powstrzymano się od pielgrzymek i stawiania kolejnych krzyży. Teraz jest tutaj wiele wycieczek, ale też różnorodność intencji, nadziei czy wiary zaklętej w krzyżach właśnie i można łatwo poczuć tę moc. Jakąś nieokreśloną przeze mnie moc, ale każdy zapewne czuję ją inaczej i rozumie w sposób najlepszy dla siebie.
Gdy deszcz chce przemoczyć a wiatr zdmuchnąć
Kolejny przystanek – Kiejdany. Ale nie było tam łatwo dotrzeć. Niby tylko 100 kilometrów do przejechania. Ale gdy leje jest już mniej przyjemnie, bo deszcz w końcu nas dogonił. Dzień zbliżał się ku końcowi. Problemy z nawigacją się skończyły (byliśmy zbyt daleko od rosyjskich urządzeń). Jednak tym razem płaskie tereny Litwy zadziałały przeciw motocyklistom. Silny boczny wiatr z lewej rzucał motocyklami, spychając na pobocze, a deszcz utrudniał widoczność i przyczepność. No nie jest łatwo, gdy na takiej drodze jesteś ty i auta chcące za wszelką cenę wyprzedzić motocyklistę walczącego z żywiołami. Na szczęście ostatnim tchnieniem dnia dotarliśmy cało do Kiejdan.
Muzyka i jedzenie pod protekcją Radziwiłła
Kiejdany najprędzej skojarzą się nam z Sienkiewiczowskim Potopem, gdzie Kmicic ślubował hetmanowi litewskiemu lojalność a potem Janusz Radziwiłł z kuzynem Bogusławem dogadali się z królem szwedzkim, i biedny Andrzej walczył pomiędzy powinnością a sercem. My nie szukaliśmy tutaj powiązań z książką, tylko znaleźliśmy nocleg i regionalne jedzenie. Ale najpierw o imprezie jakiejś na dziedzińcu miasta. Wokoło było pełno samochodów rajdowych, a na rynku (chyba to właśnie był rynek) zespół rockowy grał fajną muzę praktycznie bez publiczności. W takt ostrej muzy oglądaliśmy fajne budynki, ulice i szukaliśmy sklepu z magnesami na lodówkę. O pamiątce można zapomnieć gdy jest po 18.00. Może też dlatego, że to była sobota. Ale do karczmy trafiliśmy przedniej. Pan, może nawet właściciel, pomógł nam z zamówieniem, tłumacząc po polsku co dobrze zjeść regionalnego i zapamiętać Kiejdany na długo. I po kartaczach tutaj nazywanych cepeliny i litewskich plackach ziemniaczanych z wkładką zapamiętaliśmy. Gorąca szarlotka z lodami postawiła kropkę w tym zdaniu.
A teraz szybciutko do domu
Mimo zapowiedzi, że będzie krótko to wyszło dłużej. Bo w rzeczywistości nie było nudno w zachodniej części Litwy. Klika trudniejszych zdarzeń wzmocniła jedynie pasję do podróżowania motocyklem, bo ta zmienność i niemalże przymus panowania nad sobą i maszyną doładowuje emocje i buduje charakter. Z Kiejdan pojechaliśmy najszybszą drogą, czyli A5 i do Polski na S61. Deszcz przez chwilę pędził za nami, ale odpuścił i im dalej na południe, coraz więcej słoneczka widzieliśmy. Pozwoliliśmy sobie na odrobinę przyjemności już w kraju. Podjechaliśmy do restauracji Makarewicz Dworek i zamówiliśmy pyszne kartacze i babkę ziemniaczaną. Ukontentowani popędziliśmy do stolicy, gdzie każdy udał się do swojego lokum.
Kolejne doświadczenie na koncie.
Z każdym takim wyjazdem jakieś wspomnienia wskakują do plecaka przygód. I chyba tak należy traktować wycieczki, nie tylko motocyklowe. Zdobyliśmy coś, co zostanie, niezależnie, co się stanie. A czy warto pojechać na tak krótko na Litwę. Myślę, że warto. Jeśli lubisz zwiedzać, to lepiej kierować się na wschodnią stronę, bo zachodnia ma mniej ciekawostek. Ceny są w euro, ale po przeliczeniu wychodzi to samo co w Polsce. W każdym miejscu można znaleźć coś wartego uwagi, tylko trzeba przestać pędzić i zjechać z głównych szlaków. Wtedy o wiele łatwiej spotkamy się z przygodą. Niemniej w jeden weekend może być trudno.


























