Ukraińskie czany, czyli ugotowani żywcem

Na Ukrainie można spędzić niezapomniany weekend i skosztować egzotycznej atrakcji. Jest nią gotowanie rosołu ziołowego z wrzuconych do kotła żywych ludzi. Sprawdziliśmy na własnej skórze, jak taka potrawa smakuje.

Najpierw Bieszczady

Po zaliczeniu Soliny, jednej gleby parkingowej, pętli bieszczadzkich trafiliśmy do wsi Wołosate za Ustrzykami Górnymi. Dalej nie da się w Polsce dojechać, już tylko góry i piesze szlaki.

Kiedyś mieszkali tu Bojkowie, po których zostało na miejscowym cmentarzu kilka krzyży, kamieni nagrobnych, żuraw studzienny i fundamenty po cerkwi.

Po wojnie Bojkowie podobnie jak ich sąsiedzi­­ Łemkowie zostali zakleszczeni między Polską, Ukrainą i Słowacją. W powojennej akcji Wisła spakowaliśmy Łemków i mniej licznych Bojków i wyrwaliśmy z ojczystej ziemi przesiedlając i rozdzielając ich społeczność. Wielu trafiło na tereny ZSRR. Ich wsie i cerkwie spłonęły, co się dało rozkradli sąsiedzi, część zniszczył czas.

Samych Łemków wygnano z 320 wsi. W Wołosatym stoi dziś kilka nowych domów, starą wieś Bojków spalono. To teren parku i nie wolno tu na dziko rozbijać namiotu, więc rozbiliśmy się na jednym z podwórek zwanym Stajnią.

Wieczorem było jeszcze 25 stopni, zapowiadała się gorąca noc, więc wyprałem sobie całe ubranie. Została mi koszulka na krótki rękaw i kurtka motocyklowa plus śpiwór gwarantujący komfort do temperatury minimum 15 stopni-dużo więcej niż potrzeba w połowie czerwca. A potem nagle zrobiło się 3 stopnie, podłoga w namiocie przesiąkła wilgocią a ja myślałem, że umrę z zimna. Do tego o 1:34 zaczęły pomiędzy naszymi namiotami naparzać się koty. Normalne kotki robią „miaauuuu…”. Te nasze wredne skur…ny darły mordy jak stare diabły „MUUUU!, MUUUU!”. Godzinę! Miałem ochotę im nakopać ale nie mogłem ruszać się z zimna a wyobraźnia podszeptywała mi, że to mogą być rysie.

Słowacja i Czechy, czyli na Ukrainę!

Rano mój kolega Tomek (Suzuki V-Strom 650) wygadał się, że dzień wcześniej odebrał „twardy” dowód rejestracyjny i ma przy sobie paszport. W związku z tym postanowiliśmy jechać nie do zamków Spiskiego i Cachtice Castle oraz Kutnej Hory, ale na Zakarpacie. Po drugim śniadaniu w Siekierezadzie (Cisna) podjęliśmy decyzję, że odwiedzimy piwnicę winną w miejscowości Serednie obok Użhorodu i zrobimy zakupy słynnych trunków.

A potem hyc na północ do górskiej wsi Lumshory. W Lumshorach będą nas gotować w kotłach a my w tym czasie będziemy chłodzić się winkiem z Seredniego. Z Wołosatego najbliżej do Seredniego mieliśmy przez Słowację, gdzie zatankowaliśmy do pełna a potem utknęliśmy na granicy Ukrainskiej w Krcava (Michalovice) na półtorej godziny. Celnicy gdzieś zaprosili Tomka i chłopina zniknął zostawiając mnie ze swoim motocyklem. Okazało się, że znaleźli u niego pałkę teleskopową i uznali za broń. Do tego w kufrze miał jeszcze mundur wojskowy z polską flagą. Potem dowiedziałem się, że wmawiał celnikom, że pałka to lewarek do podnośnika. Myślę, że jakby miał jeszcze przy sobie książeczkę wojskową to by tam został aż do czasu interwencji konsula na prośbę żony i stęsknionych dzieci.

Ciekawe, że na granicy było sporo samochodów na polskich tablicach rejestracyjnych a co kierowca to Ukrainiec. Po przekroczeniu granicy kierowcy ci spotykali się na parkingu z jakimś Polakiem i wymieniali garście paszportów koloru granatowego na pieniądze. My wymieniliśmy tu 100 zł na 685 hrywien, ale na Ukrainie da się też płacić za noclegi w euro.

Lumshory

Po przekroczeniu granicy odpuściliśmy sobie wizytę w piwnicy winnej w Serednie, bo było już późne popołudnie i zaczęło się chmurzyć. Ruszyliśmy od razu na Lumshory. Droga była zaskakująco dziurawa. Na skrzyżowaniach w Użchorodzie dziury na 10-20 cm głębokie.

Potem drogi składały się odcinkami wyłącznie z takich dziur, czasem asfalt był tak dziurawy, że poprzerastała go trawa. Tak więc jeśli jeździsz chopperem lub motocyklem sportowym możesz czytać dalej wyłącznie po to, żeby wiedzieć co stracisz, jeśli wreszcie nie kupisz właściwej maszyny.

Inaczej z Ukrainy zostaje ci Lwów, Kijów i tym podobne cywilizowane miejsca. Byłem dwa razy w Albanii zanim ją wyasfaltowano, jechałem kilkanaście km korytem rzeki w Maroko, ale takich dziur jak na Zakarpaciu na głównych drogach nie widziałem.

Stan tych dróg jest niewiarygodny. Warto tam pojechać tylko po to, żeby to zobaczyć na własne oczy ten skansen inżynierii lądowej. Absolutnie nie wolno tam jeździć po zmroku. Można się zabić, połamać felgi, potłuc wino w kuferku. Gość na granicy opowiedział nam historię, jak jadąc w nocy przed jakimś miastem wpadł w taką dziurę w asfalcie, że wyciągali go traktorem, a potem na lawecie do warsztatu. Asfalt tu mają położony wszędzie, ale od 70 lat nikt go nie remontuje.

Dopiero widząc ten ukraiński bałagan człowiek zdaje sobie sprawę jak potężny cywilizacyjnie skok Polska zrobiła dzięki pieniądzom z UE. Jeszcze niedawno oba nasze kraje były na podobnym poziomie, dziś dzieli je infrastrukturalna galaktyka. Sama górska droga do Lumshorów nie jest najgorsza choć ostatni odcinek to już kamienny szuter i wymaga skupienia.

Kąpiel w Czanach

Wjeżdżając do Lumshorów po prawej stronie macie domki usytuowane wzdłuż górskiego strumienia płynącego za nimi, niewidocznego od strony drogi. To tam szukać należy noclegu z opcją kąpieli w czanie. Gdy zaczęło błyskać i grzmieć, a w żadnym pensjonacie nie mieli wolnego pokoju, zrobiło się nieciekawie – sobota, turystów dowożą tu busy. Odsyłano nas do hotelu na końcu wsi, ale wyglądał on jakoś nieciekawie i położony był od lewej strony, podejrzewaliśmy, że bez dostępu do strumienia. Wtedy gospodyni jednego pensjonatu wpadła na genialny pomysł: zapłacimy za kąpiel w czanie 500 hrywien a nocleg dostaniemy za darmo pod elegancką wiatą, która nad czanem stoi.

Są tam drewniane ławy a śpiwory mamy przecież swoje. Akurat zaczął padać grad więc byliśmy zachwyceni. Dostaliśmy też kolację, pogadaliśmy o zarobkach, które tu wynoszą max 200 Euro miesięcznie i zrobiło się miło jak w domu. Gospodyni miała trzy córki, które obserwowały jak próbuję dogadać się z ich matką, która nie mogła zrozumieć co to jest WC i nalega „pokarzi rukami, was Polakow nikt nie zrozumie”. No więc jak już pokazałem, wszystkie cztery miały niezły ubaw.

Nasz czan to wielki mosiężny gar o średnicy około 230 cm na kilkaset litrów wody. Woda jest nieprzejrzysta, bo czan stoi na palenisku i parzą się w nim zioła o zapachu jałowca. Atrakcja polega na tym, że wskakujesz do gara i siadasz na ułożonych na jego dnie płaskich rzecznych kamieniach. Jeśli tyłek zetknie się bezpośrednio z metalowym dnem, to półdupki zamieniają się w parzoną szynkę. Woda powinna być tak gorąca, żeby dało się wytrzymać od 5 do 15 minut.

Potem biegnie się do strumyka 3 metry dalej i zanurza w jego lodowatej wodzie – sesja trwa godzinę. W związku z tym, że ulewa trwała z 5 godzin nasz strumyk zamienił się w brązową rwącą rzekę.

Woda w czanie była tak gorąca, że czasem nie dawało się wytrzymać dłużej jak 10 sekund i rund z czana do strumienia zrobiliśmy z 20 wypacając z siebie po kolei kilka piw, whiskey a potem zapasy wody kupionej na kolejny dzień. Oczywiście tak nie wolno bo można umrzeć. Do sauny też nie wchodzi się co chwile przez 6 godzin.

Sam nocleg nad strumieniem obok gorącego i buchającego do rana parą kotła był niesamowicie przyjemny. Gdybym miał jechać 3 tys. km w jedną stronę, żeby tego doświadczyć, zrobiłbym to bez wahania.

Powrót do domu

Droga nr H13 na mapie zaznaczona jest jako duża, główna trasa z Użhorodu do Lwowa. W okręgu Zakarpacie jest ona w takim stanie, że zatrzymywaliśmy się, żeby sprawdzać na mapach czy aby na pewno nie zjechaliśmy na jakieś szlaki prowadzące do Mordoru. W tym regionie sugerowanie się oznaczeniami na mapie nie ma sensu – główne drogi okazywały się być w gorszym stanie niż zaznaczone na biało czy czarne drogi lokalne i nie utwardzone. Na granicy okręgu zakarpackiego i lwowskiego spotkało nas zaskoczenie: szlaban, wojsko, kontrola paszportów.

A za szlabanem piękny, równiutki nowy asfalt. Piękna droga poprowadzona grzbietami wzgórz ze wspaniałymi widokami. Szczęście nie trwało długo bo jakieś 10 km dalej drogę zamknięto, co kilkaset metrów porozstawiane patrole Policji w terenówkach i pędzące kolejne radiowozy na błyskach. Wyglądało to na jakąś obławę ale nikt nikomu nie tłumaczył o co chodzi. I tak trafiliśmy na objazd drogą gruntową do miasteczka Turka: co sklep to ekipy podchmielonych dresiarzy, błoto, dziura na dziurze, generalnie bajzel jak w Polsce na prowincjach w latach 90-tych. Tak mogło dziś wyglądać moje rodzinne miasteczko. Ale nie wygląda.

Ostatnie przygody

Jeszcze na Ukrainie zauważyłem fajną miejscówkę na kemping przy rzece, gdybyśmy chcieli kiedyś przyjechać tu ponownie. Namówiłem Tomiego, żeby obadać miejscówkę i zjechaliśmy w polną drogę, gdzie ten wywinął pirueta w pierwszej kałuży. Podniósł maszynę szybciej, niż ja zdążyłem wyciągnąć aparat z kieszeni. Szkoda.

Halogen oraz hamulec nożny oraz handbary zmieniły swoje położenie. Godzina roboty i po sprawie. V-Strom to pancerna maszyna, ale żeby jeździć w terenie potrzebuje terenowych opon, a na to Tomek przydziadował pieniędzy.

W tym samym miejscu zauważyłem rosnące wszędzie wielkie białe kwiaty i poszedłem sobie je powąchać. Zanim dotknąłem tego nosem doznałem oświecenia, że to może być barszcz Sosnowskiego – genialny produkt radzieckich genetyków. Kontakt z tą rośliną kończy się poparzeniami i pobytem w szpitalu więc oddaliłem się natychmiast. Dość tej Ukrainy, za słabe z nas gieroje.

Sport to zdrowie

Jakieś 20 km przed Lublinem zaskoczyło nas to, że w naszą stronę biegnie maraton. Co teraz?! Całą szerokością ulicy, jakieś 80 osób. Na czele maratonu, wyraźnie w czołówce, zasuwa wielki, wytatuowany łysy typ z koszulką w rękach i strachem w oczach. Potem zauważam, że biegacze zbierają z asfaltu cegły i kamienie, żeby ponownie spróbować dorzucić w łysego. Jakoś nam dają spokój i pozwalają nam przejechać a za chwile my mijamy stadion, na którym trwa mecz. Po 10 minutach mija nas policyjny bus na sygnale pędzący w stronę maratończyków. Takie rzeczy tylko w Polsce.

Tomek Dąbrowski

6 myśli nt. „Ukraińskie czany, czyli ugotowani żywcem

  1. No proszę, czyli pod Lublinem dziksze ziemie, niż za Bugiem! Świetna opowieść, dobrze żeś nie nie ugotował w tym garze na amen, z niecierpliwością czekam na relację z kolejnej wyprawy!

    • Zawieszenia wybraly ladnie kazda dziure, jestem z modyfikacji zadowolony. Naibardzoej z tego, ze go obnizylem bo byly dwie akcje ze bez tego na 100% bylaby gleba bo nozki by zabraklo. Po powrocie sprawdzilem lozyska i wszystko gra. Z pewnoscia roznica miedzy Vstromem a F800 jest taka, ze im wieksze dziury w drodze tym dluzszy skok zawieszenia i wieksze kolo z przodu gwarantuja wiekszy komfort. A w trasie w szybkich przelotach…tu raczej odwrotnie :-).

  2. A jak podczas wyjazdu wypadło spalanie który motocykl ma większy zasięg? Czy przekonałeś się już do BMW a może jednak Afrika albo powrót do Vstrom tylko z zawieszeniem podniesionym albo poczekasz na nową Yamahę Tenere?

    • Tak myslalem, ze nie odpuscisz :-). No wiec w tych dziurawych drogach na obnizonym BMW czulem sie znakomicie i po raz pierwszy zaczalem o nim pozytywnie myslec. Spalanie wynioslo mi srednie odkad go mam 4.8 l podczas gdy DL650 spala srednio 4.2 L. Zasieg f800adv i dl650 maja wiec w zasadzie identyczny, bo Vstrom choc ma zbiornik paliwa mniejszy o 4 l (24 do 20) to jednak mniej pali. Poki co czekam na Tenere xt700z ale nie wykluczam powrotu do Vstroma. Na razie zaopatrzylwm sie w mapy offowe do Garmina na Polske i bede sprawdzal F800 w terenie. Jednoznacznie nie da sie porownac tych dwoch moto: mi zalezalo na wiekszym przeswicie i zasiegu min 450 km i tylko dlatego wybralem BMW.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *