San Escobar na motocyklu

Istnieją na tej planecie miejsca bardziej egzotyczne. Są kraje, które w swych granicach uwięziły wyższe góry, większe jeziora, plaże po horyzont. Ale to właśnie odległe San Escobar przyciąga moje motocyklowe serce jak elektromagnes.

Dlaczego San Escobar

Mój pierwszy nauczyciel hiszpańskiego Raul Cano był profesorem jak każdy inny. Nie interesowało mnie nic, co dotyczyło jego prywatnego życia. Do czasu, gdy zapytany jak znalazł się w Polsce odpowiedział, że gdy był mały, jego rodzice musieli wyjechać z kraju z powodu represji. A potem zacytował:

San Escobar! Patria mia! Tu eres como la salud.
Cuanto habra que valorarte, eso solo lo sabra, quien te Haya perdido.

Czyli „San Escobar, ojczyzno moja” itd…pewnie większość z was zna ten wiersz escobarskiego poety w tłumaczeniu Adama Mickiewicza. Dorosły facet, a się przy nas rozkleił. To był impuls. Sprawdziłem na mapie gdzie jest San Escobar. Kupiłem w Empiku książkę, potem dwie kolejne. Złote plaże Bahia De Esperal i Ciudad Polaca, górskie zamczysko Fort Sierra czy setki kilometrów równiny Patigonia – te obrazy znane tylko ze zdjęć latami wirowały mi w głowie. Gdy w moje ręce wpadła mapa San Escobar wiedziałem, że kiedyś tam pojadę. A gdy wrócę do Polski, odszukam Raula i wręczę mu wielką butlę Tequili z San Escobar.

Dziś, gdy piszę te słowa podstarzały już Raul leczy kaca a mi schodzi skóra z pleców spalonych słońcem na złotej plaży De Esperal. Ale cofnijmy się w czasie o kilka dni…

Dzień dobry San Escobar

Jest marzec 2017 r. Jestem zmęczony dwunastogodzinnym siedzeniem w Boeingu linii EL Ninio i tylko dzięki kolejnym puszkom napoju energetycznego MegaVatos jeszcze trzymam się na nogach. Na zegarze lotniska w Santo Subito godzinę temu wyświetlacz pokazywał 28 stopni Celsjusza. Co kilka minut po ziemi przepełza ożywczy cień, rzucany przez popasające na niebie chuderlawe cumulusy. W oddali widać wieże i złote dachy pałacu prezydenta.

Właśnie odebrałem kluczyki od mojego motocykla – 4 letniego Suzuki V-strom 650. Wypożyczenie motocykla 30$ na dobę. Biorę go na 5 dni. Będzie mnie to kosztowało około 600 zł  – gdybym miał tu dostarczyć własny motocykl zapłaciłbym pewnie około 12 tys. zł za miejsce na promie. Gdyby ktoś planował ruszyć moim tropem – szukajcie Jesusa i jego Rent a Moto, Jesus to święty człowiek. Należąca do niego firma ma pawilonik w terminalu lotniska. Zakładam kask, nowiutką (własną) kurtkę Modeki i ruszam. Ooo, jak dobrze być znowu w siodle.

Dziś jednak jeszcze nie przyszedł czas na prawdziwą przygodę. Hotel na przedmieściach Santo Subito, przy głównej obsadzonej palmami ulicy ciągnącej się kilometrami wzdłuż plaży, zakupy (woda, baterie do aparatu, mapa, dwa snikersy na wypadek awarii na odludziu, jednoosobowy namiot). Potem kolacja i spać. Cykady…,zamykam oczy… drewniany dom kryty słomą na wsi na Mazowszu, tam się urodziłem, tam słyszałem je po raz ostatni. Zapomniałem, że w ogóle istnieją. Fajnie…

W dolinie Rio des Marakas

Już rano, jest cieplutko, lekki wiaterek porusza flagą San Escobar zwisającą z masztu, pod którym zaparkowałem mojego V-Stroma. Dla lepszego zapoznania się z motocyklem bez niepotrzebnego stresu ruszam na północ w kierunku Ciudad Polaca.

To dobrej jakości droga biegnąca wzdłuż wybrzeża. Droga wznosi się cały czas delikatnie w górę, dzięki czemu mogę karmić oczy widokiem położonej w dole plaży i oceanu, po którym ociężale dryfują większe lub mniejsze parowce opalane węglem. Mniej więcej w połowie drogi docieram do rzeki Rio des Maracas, która na tym odcinku podmywając korzenie drzew  opada kaskadami w kierunku oceanu. Jest pięknie.

Kilka kilometrów dalej droga zamknięta. Rządowa kolumna z kimś ważnym pędziła pod prąd, kierowca jakiejś furmanki zaprzęgniętej w osła wyjechał z pobocza i warty pewnie z 500 tysięcy dolarów pancerny samochód VIP-a na pobliskim kaktusie złożył się w harmonijkę. Kaktusy mają w tym kraju jak dęby. No cóż – muszę zawracać, bo droga zblokowana na amen. Przynajmniej jeszcze raz rzucę okiem na kaskady.

Z konieczności modyfikuję trasę. Odpuszczam Ciudad Polaca i walę prosto na  Sanderos, gdzie zamierzam wypróbować słynną w świecie tequilę. Nie ma co zwlekać z lekarstwem na odstresowanie do końca urlopu. Podróżuję w kierunku źródła des Maraces. Droga, choć widoczna na mapie, wygląda jak kamieniołom po bombardowaniu. Spodobałaby się amatorom rajdów 4×4. Mi też, gdybym jechał czymś co ma więcej niż 17 cm prześwitu pod silnikiem, bo co chwilę dzwonię nim o kamienie. Lubię ofrołd, ale bez przesady.

Do tego raz na jakiś czas ścieżka schodzi w dół między skały i wije się wiosennymi tropami prastarych strumyków. Robię się głodny, zjadam batona, zapijam wodą i zerkam na zegarek. Potem na GPS i łapię lekką spinę. Okazuje się, że jadę już 3 godziny a przebyłem zaledwie ¼ trasy do Sanderos. Według mapy minąłem jakieś dwie wsie po drodze – ciekawe, bo nic nie zauważyłem. Była co prawda jakaś szopa, płot z patyków i grubawa świnka z podrapanym ryjem i testosteronem buchającym ze źrenic. Ciekaw co ona tu je – kamienie? Wsią to bym tego nie nazwał, choć na mapie jak wół stoi wypisane „Los Vipleros”.

Jak tak dalej pójdzie, to noc spędzę w tej dzikiej okolicy pod gołym niebem. Jadę więc. Dalej jest jeszcze gorzej. Kamienie duże, kamienie małe, kamienie ostre jak brzytwa, a gdy droga schodzi niżej – kamienie okrągłe i śliskie. Ścieżka dźwiękowa z tego odcinka wyglądałaby mniej więcej tak: brum brum, o kuźwa!!!! BUM! Brum, brum brum, BUM, o kuźwaaaaa!!! BUM!. I tak godzinami. Jestem lekko przerażony i nie zwracam uwagi na piękne widoki w dolinie rzeki. Cholerny Raul!

Drapieżniki San Escobar

Jest już zmrok i zaczyna mi się ze zmęczenia i strachu cos niedobrego dziać z głową. Przeczuwam, że świnka agresorka z Los Vipleros już idzie moim tropem tocząc pianę z pyska. Takie nie odpuszczają jak wyczują ofiarę. Wiem co potrafi zrobić świnka jak zechce – u mojego dziadka na wsi jedna taka przegryzała żużlowe pustaki dla sportu, raz nawet zżarła pół dachu psiej budy a przerażony Pimpek wciśnięty w jej kąt udawał, że nikogo nie ma w domu. Trach i po kręgosłupie! Będę spał w kasku – ochronię przynajmniej centralny ośrodek nerwowy. Nagle…jest! Światło! Huraaa! Dom a na ogrodzeniu napis po angielsku – Free Roms. Uffff.

Iluminacja – sztuka czy dewiacja?

Malutki pensjonat prowadzi Anna. Rowery, kłady, kajakowe spływy Rio des Maracas, wzdłuż której jechałem. Jakoś daje radę. Anna to także lokalna artystka. Obrazy, rzeźby w metalu, ręcznie tkane materiały wypełniają dom. Nawet przypadkowe zdawałoby się przedmioty rzucone gdzieś w ogrodzie są elementami jednej spójnej koncepcji.

Okazuje się, że Anna jest także iluminatorką. Nie znaczy to, że świeci w ciemnościach, ale głowy nie dam, że nie. Oficjalnie iluminacja, z tego co zrozumiałem po hiszpańsku – w jakiś sposób powiązana jest ze sztuką kaligrafii, ale także wyrabianiem barwników, tuszy, papieru czy narzędzi do pisania. Wszystko to w tradycyjny sposób, tak samo jak robiło się to setki lat temu. W kaligrafii każda literka, grubość linii, kąt jej nachylenia pisma ma swoje uzasadnienie. To nie ma być ładne – to ma być zgodne z źródłami historycznymi. Poznanie podstaw  to minimum dwa lata studiów.

Widziałem, jak Anna przygotowuje się do pisania. Rozgrzewka jak przed startem na olimpiadzie. Pół godziny gryzmolenia kresek i zawijasów w celu rozpisania ręki zanim powstanie pierwsza litera. Normalne wariactwo, człowiek zdrowy na umyśle tej pasji nie zrozumie. Dla zainteresowanych podaję linka na stronę Anny. Wersja w języku polskim.

Na pożegnanie dostałem od niej na szybko naszkicowany mój motocykl – jestem pod wrażeniem, bo nawet opony się zgadzają.

Sierra Corleone i narkotykowe pola

Smutno było mi opuszczać tonący w kwiatach domek Anny, która zdążyła jeszcze pomachać mi z balkonu na pożegnanie. Przygoda wzywa.

Dziś pasma górskie Tabasco i Sierra Corleone. Dojazd krajową drogą nr 3 do Salto Largo to taka trochę szwajcarska autostrada – jedziesz cały czas niby w jednym kierunku, ale cały czas pochylasz się w długich łukach w prawo lub w lewo – a dokoła górskie szczyty. Miałem zamiar dołożyć trochę drogi i odwiedzić przejazdem Park Narodowy De Vina Tusca słynący z różnokolorowych, głównie rudych formacji skalnych, ale musiałbym nadrobić kilkadziesiąt km w odwrotnym kierunku lub skorzystać z promu. Gdy zobaczyłem jak wyglądają tu przeprawy promowe na Rio Tequila mina mi zrzedła.

Kilkadziesiąt metrów dalej grupa gapiów podziwiała dwóch takich, co pożałowali grosza i spróbowali rzekę pokonać sami. Na kołach.

Odpuszczam to, za kilka lat przyjdzie czas na powrót do „Vina Tusca”. Po około 3 godzinach mam za sobą najwyższą przełęcz pasma Tabasco. To tu w 1920 roku rozegrała się słynna bitwa, która zmieniła losy świata.

Jeśli pojadę prosto to za godzinę dotrę do granicy z Meksykiem. Dziadek, który przy drodze sprzedaje miód, odradza mi ten kierunek, mówi coś o narkotykach, ale nie rozumiem jego dialektu. Trzymam się planu i skręcam w lewo w żwirową drogę z kierunkowskazem na Sar Della. Tankuję tu paliwo, uzupełniam wodę i przy okazji trafiam rarytas – koszulkę z godłem San Escobar. Po prawej widzę groźny, oprószony szarym śniegiem szczyt Pico De Waszczykowski, 2017 m wysokości.

Żwirówka oferuje fantastyczne widoki na góry Tabasco i Sierra Corleone oraz przydrożne plantacje marihuany.

Temperatura sięga 38 st., ale na szczęście co kilka kilometrów trafiam na źródełka, w których mogę zmoczyć głowę i ubranie. Gdy temperatura zewnętrzna jest wyższa niż temperatura ciała, rozbieranie się byłoby samobójstwem – jedyne wyjście to zmoczyć co się ma i założyć na siebie.

Jadąc mijam kilku robotników naprawiających te odcinki drogi, które podmyte wodą z roztopów obsunęły się w dolinę. Na jednym ze żwirowych zjazdów sam bym się w taką dolinę obsunął  za sprawką systemu ABS. Ja wciskam hamulec a motocykl jedzie, bo ABS wyłącza hamulce wyczuwając uślizg koła na żwirku.

Kto zje kaszankę, zje wszystko

Późnym wieczorem zjeżdżam na obiad w Al Cas Ertzer. Miejscowy biznesmen handlujący osłami poleca mi bar przy stacji paliw.

Kilka minut później jem już Escobar Tortilla Grande Cojones i popijam  niskoprocentowe piwko. Jakaś dziwna ta tortilla. Wygląda jak ze spęczniałym ryżem, ale smakuje jak delikatny kurczak o orzechowym posmaku. Dobre, bardzo dobre. Pytam  Que es esto to w środku, pokazując paluchem? Esto es escamoles.

Escamoles – nic mi nie mówi, więc po zjedzeniu i zapiciu piwem sprawdzam w Internecie. O żesz ty!!! Święty Antoni!!! Dlaczego ja!? Właśnie zeżarłem jaja i larwy mrówek zawinięte w naleśnik. Zamknąłem oczy i w trwodze robię sondę, skanując w myślach mój żołądek. Nic się nie rusza, nie szeleści, nie mdli mnie. Ok. Dam radę. W sumie to… zawsze chciałem tego spróbować. Gdybym wiedział co zamawiam, pewnie puściłbym pawia po pierwszym kęsie, a tak zjadłem ze smakiem. Człowiek jak świnka, jest wszystkożerny. Robale czy dach budy Pimpka – jeśli odpowiednio podane, to czemu nie. Przecież w Polsce jemy kaszankę – krew zmieszaną z kaszą upakowaną z jelito po uprzednim oczyszczeniu z kału za pomocą gorącej wody. Jest coś bardziej obrzydliwego? Do robali na deser dorzucam do żołądka pieczone ciacho z granatami, które wygląda jak rozłupany kamień – jest przepyszne. Higiena mojego kelnera pozostawiała trochę do życzenia, ale cóż, było warto.

Wyjeżdżam za miasto – tu zaczyna się park narodowy De Iglesias. Ciekawe formacje skalne, kolorowe kwiaty kaktusów – znajduję na uboczu drogi przytulny zakątek, rozbijam namiot, kask rzucam na małym kopczyku piasku. Jestem zmęczony słońcem, dwoma dniami jazdy po szutrach i zmianą strefy czasowej. Przydałoby się zjeść kolację, ale jakoś nie ma ochoty mieszać snikersa, ciasta z granatem i zdechłych mrówek. Jeszcze jedno piwko, w głowie układam plan na jutro, znowu słyszę cykady. Nagle otwieram oczy i jest już widno. Przespałem 11 godzin na ziemi 5 metrów od namiotu! Kiedy zasnąłem? Nie wiem.

Zemsta Escamoles

No super! W nocy położyłem kask na mrowisku cholernych escamoles. Wytrzepuję je ze środka. Posilony ostatnim snikersem jadę nowiutką krajową drogą nr 5 na obiad do starego fortu Chupacabra – trzy mrówki chodzą mi po wizjerze i swędzi mnie głowa, ale staram się to ignorować. Chupacabura to nieduży kompleks obronny liczący sobie około 200 lat. Żeby tam dotrzeć trzeba minąć widoczny już z daleka fort, dojechać do San Antonio zakręconą do granic szaleństwa wąską drogą i tak dotrzeć do Caracale. Tu już jedzie się po szutrze pod górę kilkaset metrów i jest! Wspaniały pomnik architektury, największa lokalna atrakcja! Kupa gruzu. Otoczona murami z dobrze zachowaną wieżą.

Z murów widać jak na dłoni strefę zamkniętą El Oreo 15 – tu, na totalnym zadupiu, znajduje się dowództwo Armii San Escobar, czyli kamienny kościół z dzwonnicą, kancelaria kościelna, trawiaste lotnisko, na którego dwóch przeciwległych końcach stoją bramki piłkarskie z dziurawymi siatkami, pole namiotowe, budynek sztabu i stołówka. Pod murem stoi śmigłowiec bez śmigieł, a z miejsca gdzie powinien być wirnik wystaje blaszany, upalony na brązowo komin małej wędzarenki. „Make Peace Not War”, myślę sobie w duchu. Armia San Escobar nie istnieje naprawdę. Na jej liście są tylko cywile obrony terytorialnej, którzy biorą żołd w zamian za stawienie się na ćwiczeniach w EL Oreo 15 raz w miesiącu. Podobno ćwiczenia te to głównie gra w piłkę, trzy modlitwy dziennie i nocne śpiewy patriotyczne przy ogniskach na polu namiotowym. Opętańcze nocne wrzaski słychać od Santa Beata po San Antonio. Dlaczego San Escobar nie ma armii z prawdziwego zdarzenia?  Bo nie potrzebuje – wystarczą jej sojusze z potęgami takimi jak Węgry, poza tym wrogowie San Escobar nie są z tego świata.

Największy organizm na świecie

Nie wytrzymałem – upiekłem mrówki. Co kilkanaście kilometrów w drodze do Fort Sierra zatrzymywałem się, bo to draństwo wypełzało z zakamarków kasku i zaczynało łazić po twarzy.

Wytrząsanie mrówek nie pomagało, bo pojawiały się nowe. Widoczne wszystkie kanały wentylacyjne w styropianowej wyściółce kasku są pełne owadów. Dość Tego. W pierwszym sklepie jaki spotkałem przy drodze kupiłem cygaro, odpaliłem, zaciągnałem się kilka razy nie bez przyjemności i położyłem na tym kask. Po 15 minutach nie została w nim ani jedna niepaląca mrówka. Pozbyłem się problemu, jednak od tego czasu moje włosy piekielnie śmierdzą. Co sobie pomyśli Jesus, gdy oddam mu kask i motocykl? Pewnie od tego czasu będzie on stał na półce z napisem „dla klientów z Polski”.

Jadąc raz przez pustynię, a raz przez zielone lasy wyrosłe w dorzeczach rzek i wokół jezior pokonuję 300 km i ląduję w Forcie Sierra. To takie ichniejsze Zakopane, ale bez śniegu i smogu. Fortu tu też nie ma, wbrew temu co sugeruje nazwa miasteczka. Jest za to malowniczo położony kościółek.

Bez problemu znajduję nocleg w prywatnym domu i kierując się mapą idę zobaczyć drugiego co do wielkości grzyba na świecie. Jedliście kiedyś opieńki? Tu podobno rośnie taka opieńka, która ma ponad dwa tysiące lat i waży ponad 500 ton!!! Po 30 minutach spaceru jestem na miejscu i jedyne co widzę, to wielkie karczowisko i setki uciętych pni. Między nimi uschnięta na wiór ściółka. A gdzie grzyb Godzilla? Gdy wracam do mojego gospodarza pytam, gdzie jest seta i wcale nie chodzi mi o alkohol. Donde esta la vieja seta? Gdzie jest stary grzyb? Juan wyjaśnia: rok temu w San Escobar ministrem ochrony przyrody został człowiek, który kocha przyrodę, głównie kocha ją karczować, strzelać do niej i generalnie wprowadzać w czyn hasło „bierzcie Ziemię we władanie”. No i rok temu ten właśnie minister dał prawo właścicielom gruntów do karczowania wszystkiego co rośnie na ich terenie. I tak w ciągu tygodnia na San Escobar zabrakło w sklepach siekier a szpitale nie nadążały przyjmować na odziały domorosłych drwali z pokaleczonymi piszczelami, poobcinanymi kciukami i zmiażdżonymi żebrami. Pech chciał, że opieńka, która miała ponad dwa tysiące lat mieszkała na kilku drzewach stojących na prywatnym terenie największego na San Escobar dewelopera. Ten wyciął wszystkie drzewa z wyjątkiem tych kilku, które przyjeżdżali oglądać naukowcy wabieni opowieściami o prastarym grzybie. Grzyb był, owszem, ale idąc tu nie wiedziałem o tym, że pod ziemią. Jego system korzeniowy, tzw. grzybnia wiązała się z korzeniami drzew na obszarze około 7 km² i ważyła około 500 ton. Grzybek czerpał pokarm spijając z setek drzew cukry po podłączeniu się do ich korzeni. I tak oto po wycince drzew zdechł z głodu i pragnienia, bo odkryta gleba momentalnie wyschła. Większa opieńka, 2500 lat, 650 ton, 9 km² grzybni znajduje się w USA w Oregonie. Trzecia co do wielkości rośnie w Szwajcarii. Prawdę mówiąc, nie tego się spodziewałem. Myślałem, że to naprawdę będzie grzyb wielkości wieloryba. Wracając z nieudanej wycieczki poszedłem inną drogą i tuż przed centrum miasteczka trafiłem na innego giganta, co troszkę poprawiło mi humor.

Esperal

Ostatni dzień na San Escobar spędzam na plaży Bahia de Esperal na wysokości Bespantalones. Docieram tu już około 9 rano, melduję się w hostelu bez nazwy. Kupuję klapki, wodę, ręcznik, kapelusz i czteropak Escobar Cerveza o niskiej zawartości alkoholu. Dziś lenistwo na białej plaży – w Polsce pewnie dopiero topią się zimowe śniegi. Jestem na plaży sam, ale i tak znajduję sobie intymny zakątek daleko od deptaka, za załomem skalnym gdzie parkuję motocykl i robię zdjęcia z głupimi pozami na potrzeby Fejsbuka.

Po pierwszym piwku usypiam, odreagowując dzisiejszą pobudkę o wschodzie słońca. Budzą mnie jakieś krzyki. Tuż przed moimi oczami wielka brązowa pupa pręży się w uśmiechu pomarszczonych pośladków. Motyla noga! Same golasy płci obojga, wszystko dynda i podskakuje w rytmie życia. Znalazłem się w piekle, toż to Playa Naturista! Najgorsze są jednak te bezwstydne stworzenia, którym z racji wieku nic nie dynda, lecz pręży się dumnie do słońca, które nieszczęśliwie jest za moimi plecami. Jestem Polakiem, moja krew nie woda, w dodatku wylądowałem tu gdy w Polsce nadal zima i straszny mam niedobór witamin. I tak oto zmuszony jestem pozostać na plaży w pozycji, w jakiej w wojsku uczyłem się czołgać po poligonie. Nie, żebym miał się czego wstydzić, po prostu nie chcę wyjść na człowieka nieobytego w nowoczesnym świecie, który przesadnie reaguje na byle błahostki. Leżę, popijam piwo, przysypiam a z pleców leci mi dym. W porze największego upału plaża znowu opustoszała a ja mogłem z honorem wycofać się na lepszą ze strategicznego punktu widzenia pozycję. Czyli w cień pobliskiej knajpki blisko deptaka.

Powrót do domu

Wieczorem jestem już genetycznie zmodyfikowanym, 100% Polakiem. Z przodu jestem idealnie biały, od strony zakrystii idealnie czerwony, standard RAL 3018. No i oczywiście cierpię. Całość spina biała opaska na wysokości kąpielówek. Nic się już nadzwyczajnego nie wydarza. Rano oddaję motocykl w troskliwe ręce Jesusa, z szacunkiem się z nim żegnam wiedząc, że raczej więcej nasze drogi się nie zejdą. W samolocie usypiam. Śnią mi się escobarscy politycy podczas płomiennych przemówień, twarze mają poważne i groźne, gesty zdecydowane. Pewnie uśmiecham się przez sen, bo w nim każdy z tych mężów stanu jest dwukolorowym, biało czerwonym golasem z Playa Del Naturista. Wyobraźcie to sobie.

Kaman

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych miejsc, osób i zdarzeń jest wynikiem Waszej chorej wyobraźni i nic na to nie poradzę.

Zdjęcia pochodzą z autentycznych wypraw motocyklowych autora.

Mapa San Escobar do pobrania – kliknij w link.

9 myśli nt. „San Escobar na motocyklu

  1. Zjadłbym takie escamoles! Zazdroszczę ciekawej wyprawy. Wielka szkoda, że po chwilowej erupcji zainteresowania tym jakże ciekawym krajem, nagle wszystko przycichło. Oby więcej takich śmiałków, jak Ty! Kraina warta przybliżenia! Stary i młody, chory i zdrowy, każdy znajdzie tam coś dla siebie!

    • Aaaaaa……to ja juz wiem co to bylo to, co uznalem za rynny rzucone pod sciane! To byl ten szybowiec, tylko teraz ma skrzydla odczepione. Jakby mial szyby to bym sie domyslil. Dzieki za tego posta.

  2. Jadłem podobne granaty w cieście w innej części świata. Z taką różnicą, że ciasto było bardziej brązowe a środek mniej błyszczący. Bardziej przypominały nasze mielone. Smakowały jak pomidory z musztardą. Zabawne, że tysiące kilometrów dzielą kraje a kuchnia jakby znajoma.
    Bardzo jestem ciekaw czy eksplorowałeś temat dziwek portowych? Santo Subito to przecież miasto jakże portowe. Wiem że to mało ciekawy temat na relację, a ja także malo jestem zainteresowany, pytam w imieniu Kolegi.

    • Powiedz koledze, ze w Santo Subito zero atrakcji, jesli chodzi o jego zainteresowania. Nazwa zobowiazuje, zwiedzanie Santo Subito to wylacznie duchowe uniesienia. Pozdrowienia dla Janusza.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *