Rumunia na motocyklu


Transfagoraska zakretasyDo Rumunii wybierałem się od lat, robiłem plany i co roku ostatecznie jechałem gdzie indziej. Tym razem planów nie było żadnych tylko spontaniczna decyzja, odwołana do tego dwa dni przed wyjazdem, który jednak doszedł do skutku. W Rumunii podobało mi się bardzo – i to wcale nie trasa Transfogaraska i Transalpina zrobiły na mnie największe wrażenie.

Tym razem po raz pierwszy wyjeżdżam bez Anki, Michała i Kuby, mojej stałej wyprawowej ekipy. Chłopaki nie mają już urlopu a ja mam go nadal dwa lata zapasu bo dotychczas wykorzystywałem wypracowane nadgodziny. O kolejną relację dopytuje ciągle pani Zosia, mama Ani, która czyta wszystko co zamieszczam na tym blogu, choć z motocyklami nie ma nic wspólnego. Trochę mi wstyd, że nie byłem jeszcze w Rumunii, więc podejmuję decyzję żeby tam wreszcie pojechać. Jedzie ze mną kolega Paweł z byłej pracy, razem kilka lat siedzieliśmy w jednym pokoju. Dwa dni przed wyjazdem Pani Zosia niespodziewanie umiera. Odwołuję wyjazd jednak Ania namawia mnie na kontynuowanie planu i z dwudniowym poślizgiem wyruszamy we dwóch rano z Warszawy.

Dzień pierwszy

W kieszeniach mam 6.50 zł, 55 euro i 230 zł na koncie. Za dwa dni wypłata, dam radę. Dwa miesiące temu sprzedałem 3 letniego V-Stroma 650 z przebiegiem 43000 km i kupiłem nowiutki najbardziej uniwersalny motocykl na świecie – V-Stroma 650 XT i w portfelu pojawił się przeciąg. Paweł jedzie na jednocylindrowej Aprilii Pegaso z 2003 r. W bocznych sakwach, którymi już w Warszawie zawadza o samochody ma tyle gratów, że można by z tego zbudować trzeci motocykl oraz mały domek wyposażony z spiżarnię pełną przysmaków z puszki. Tuż przed wyjazdem jego maszyna miała awarię i odreagował to pakując wszystko co mu przyszło do głowy na wypadek totalnego Armagedonu, Ragnarok czy lądowania ufoludków Putina na trasie naszego przejazdu. Jak się Paweł i jego majdan rozpędzi, żadna Putlerowska samoobrona go nie zatrzyma. Pierwszego dnia dojeżdżamy do Tokaju, gdzie w sklepie z wywieszoną polską flagą zlokalizowanym jakieś 200 m od rynku kupujemy wino. Sprzedawca to były motocyklista, kiedyś śmigał legendarnym Kawasaki KLR, ale zdrowie kazało mu pożegnać się z pasją. Już 3 raz robię u niego zakupy.
Winnice w Tokaju
Pierwszy raz widzę Tokaj w takim wydaniu – nie ma ludzi na ulicach, restauracje zamknięte, nigdzie nie da się zamówić jedzenia. Jutro koniec wakacji, to chyba powód. Nocujemy w odległym o godzinę drogi Hajduszoboszlo w czyściutkim bungalowie na kempingu – 11E od osoby, motocykle zaparkowane pod samym oknem. Tu proponuję szukać noclegu w drodze do Rumunii lub dalej na Bałkany. Co chwila hotel, pensjonat lub kemping. Dzień pierwszy to równe 700 km, kończymy go toastem 7-letnim tokajem Aszu z zawartością 3 putonios, a więc z górnej półki. Gdyby Węgier od KLRa wiedział, że popijamy go do puszkowanego śledzia w pomidorach z Pierdonki chyba by go nam nie sprzedał.

Dzień drugi

Dzisiejszy plan to najwyżej położona droga w Rumunii, czyli słynna Transalpina (droga 67C). Z Hajduszoboszlo do Sebes, w którym wjeżdża się na Transalpinę jest tylko 320 km, droga E79 którą zamierzamy tam dojechać zaznaczona jest na mapach na czerwono, więc wygląda na szybka trasę przelotową.
E79 Rumunia
Na granicy Węgry/Rumunia pada nam nawigacja więc wybór głównej drogi wydaje się oczywisty. Planuję, że na 12 w południe najpóźniej wjedziemy na Transalpinę, która ma około 135 km długości. Tego samego dnia powinno nam się więc udać także zanocować w Curtea de Arges, gdzie jest wjazd na Transfogaraską (droga 7C). W ten sposób unikając 38 st. upału rano wejdziemy na prawdziwy zamek Vlada Tepesza Palownika rozsławionego przez Stokera w książce pod postacią Draculi. Nic z tego. Droga E79 okazała się najbardziej wymagająca podczas całego naszego wyjazdu. Za miastem Oradea zaczyna się męka i tak ponad 200 km aż do Sebes. Jeden wielki plac budowy, jeden pas ruchu sterowanego wahadłowo światłami, kilkusetmetrowe korki samochodów oczekujących na swoją kolej i zielone światło. Asfalt w większości bardzo słabej jakości, dziurawy, poprzecinany odcinkami szutrowymi, czasem o takich uskokach, że kilka razy udało mi się oderwać oba koła od ziemi.
wiadukt Transfogaraska
Widzę że i Paweł ma radochę z jazdy po tych wybojach w przeciwieństwie do grupy trzech rodaków z Warszawy, których doganiamy na jednych światłach. Nawigacja poprowadziła ich właśnie tędy. Skoro mają nawigację, postanawiamy się do nich przykleić bo jadą tam gdzie my. Po przejechaniu razem 50 km postanawiamy jednak jechać własnym tempem, ich ciężkie i sztywne nakedy o ponad litrowych silnikach, na szosowych oponach zamiast dawać im wolność i frajdę z jazdy tylko ich ograniczają. Nie rozumiem po co ludziom z ambicjami turystycznymi takie motocykle, skoro nie da się na nich z przyjemnością jeździć. Ale zawsze może być gorzej, zawsze można się wybrać w podróż na Harleyu czy innym chopperze albo nie daj Boże na supersporcie. Co dziura w asfalcie czy kawałek szutrowy wloką się niemiłosiernie. Wyrywamy więc do przodu, stajemy na fotki, na popatrzenie w mapę a oni nas po jakimś czasie doganiają. I tak juz do końca naszej podróży po Rumunii. No więc ten odcinek 320 km Hajduszoboszlo, Oradea, Sebes drogą E79 jedziemy aż 7 godzin choć ignorujemy cały ruch wahadłowy i wjeżdżamy na czerwonym w razie potrzeby uciekając na pobocze. Po drodze mijamy Niemca, kierowcę nowiutkiego Passata. Siedzi w rowie i ze smutną miną obserwuje soje auto w którym właśnie urwał koło. Prawie płakał, pewnie już snuł plany jego sprzedaży i wymiany na jakiegoś suva.
Droga E 79 Rumunia

Transalpina

Jesteśmy w Sebes, w Transylwani, w Siedmiogrodzie. To obszary podbijane w starożytności przez Rzymian, którzy ściągnęli tu swoich osadników, którzy z kolei przeszczepili swoją kulturę podbitej ludności Dackiej. Potem obszary te przechodziły w ręce Węgrów, zasiedlane były przez niemieckich Sasów, którzy zbudowali kilka warownych miast, skąd nazwa Siedmiogród. Inna nazwa tego obszaru w zakolu Karpat to Transylwania, czyli „za lasem”. Obszar odwiecznie sporny. Sebes był kiedyś jednym z najważniejszych miast Siedmiogrodu i osadnicy nadali mu nazwę Muhlbah. Podobnie było z Hermannstaddt (Sibin), Kronstadt (Braszów), Klausenburgiem (Cluj-Napoca) i innymi grodami, które zbudowali tu Niemcy pod protektoratem Węgrów. Sasi stawali do walki z Mongołami, Turkami i wiele ich osad legło w gruzach. Po zakończeniu II Wojny światowej w komunistycznej Rumunii traktowani byli jak obywatele gorszej kategorii i dynamicznie ubożeli. Po wojnie było ich w Siedmiogrodzie jeszcze około 400 tys., w 1992 juz tylko 120 tys a w 2002 r. zaledwie 60 tys. Jadąc przez Transylwanię i dziwiąc się jak różne kolory skóry mają mieszkańcy Rumunii warto zdawać sobie sprawę z tego, jaka tu jest mieszanka krwi, narodów i kultur.
Owce Rumunia
W Sebes zagaduję motocyklistę na Bandicie 1200 o ­­wjazd na Transalpinę z miasta. Okazuje się, że to Polak, a później, że do tego ja i Paweł pracujemy w tej samej firmie co on. Jeździ sprawnie po asfalcie i postanawia tę oraz kolejną trasę pojechać z nami, nie ma navi ani sensownej mapy. To trochę nas spowalnia bo tankuje co 150-200 km przy zasięgu Pawła 300 i moim 500 km na zbiorniku paliwa a do tego ze względu na niego odpuszczamy plany pokonania niektórych odcinków Transalpiny bocznymi drogami bez asfaltu. Sama Transalpina z północy na południe aż do zapory po pokonaniu 2/3 długości nie zachwyca mnie niczym. Takich dróg pokonałem już dziesiątki a może i setki – szybkie zakręty leśną drogą, z której nic nie widać z powodu drzew. Jedyna atrakcja w tym czasie to widok w lusterku Pawła, który nie wyrobił i na łuku wypadł z drogi, na szczęście w szerokie pobocze a nie w przepaść. Ułamek sekundy później za nim w pobocze poleciał Artur na swoim Bandicie. Następnym razem dojadę do zapory boczną drogą 704 od drugiej strony jeziora, wjeżdża się tu w połowie drogi między Orastie a siedmiogrodzkim Sebes. Jeśli ktoś tędy jechał niech da znać w komentarzu czy to jest w ogóle przejezdne dla ciężkiego enduro na terenowych oponach.
Rumunia Transalpina
Piękna Transalpina zaczyna się dla mnie dopiero za zaporą, wspina się w górę, wchodzi na granie, las zanika, widać ogromne zielone przestrzenie. W najwyższym punkcie osiąga 2145 m na przełęczy Urdele. Robi się gęsto od motocykli BMW 1200 w różnych wersjach, jednak wszystko na sportowych oponach. Paweł wpada w trans fotografowania i wcale mu się nie dziwię, bo z wycieczki po Alpach kilka lat temu sam przywiozłem ponad 1400 zdjęć. Drogę tą dla ruchu kołowego w czasie II wojny przystosowali Niemcy. Kilka lat temu cała zginęła pod asfaltową kołdrą i dziś wjedzie tu każdy chopper, przecinak, samochód osobowy. To co jednak zasmuciło mnie najbardziej to widok dwóch obciachowców na Hondach Goldwing. Dyskoteka kolorowych migających światełek, lampek, fruwające flagi i zdechłe zwierzęta poprzypinane do motocykli. Obowiązkowo radia Goldwingów odkręcone na maksa, nie ma to jak posłuchać muzyki z kaskiem na głowie. Wiadomo – jak jest rezerwat przyrody, środek lasu, górska przełęcz i szum wiatru to trzeba to uczcić nawalanką techno, którą słyszy każda owca i świstak w promieniu kilometra.  Melomani, kur… Nie tego życzyłbym sobie na górskiej niedostępnej drodze w Karpatach. Sama trasa od zapory do Miasta Novaci super. Wolałbym tylko pokonać ją w południa na północ, wówczas najładniejsze widoki miałbym przed sobą a nie za plecami.

W Novaci zaprzyjaźniamy się z parą Węgrów urodzonych w Rumunii i mieszkających na stałe w Anglii. Razem z nimi szukamy tu noclegu. Znajdujemy pensjonat za 17E za pokój, plus kolejne 4 E kolację i śniadanie. Jest zupa ciorba z kulkami mięsa, są kotlety, zasmażana kapusta, domowe sery, dwie butle świeżego lekko gazowanego domowego czerwonego wina oraz pół litra spuszczonej w mojej obecności z beczki 55% palinki – coś jak nasza śliwowica. Namawiam gospodarza, żeby napił sie z nami i pół butelki palinki znika w 10 min. Rozwiązują się języki, znika butelka wina. Resztkę z drugiej butelki gospodarz próbuje dolać do szklanki Artura (gość od Bandita też z nami tu nocuje), w której ten ma jeszcze wodę. Artur się broni a Tamasz, Węgro/Rumuno/Brytyjczyk tłumaczy mi, że w Rumunii pije się wino z wodą lub colą w dowolnych proporcjach. (Pisząc te słowa piję wino pół na pół z colą słuchając nowej płyty Iron Maiden, całkiem dobre, jedno i drugie). W miarę jak ubywa palinki Paweł orientuje się, że jednak zna angielski lepiej niż mu się wydawało a rozmowy schodzą na temat polityki, religii, Ukrainy. Żona gospodarza za pośrednictwem Tamasza pyta mnie, czy Polacy to naprawdę tacy ortodoksi. Orto-doks to dosłownie prawo-sławie ale zakładam, że pyta czy jesteśmy fanatykami. Staram się wytłumaczyć, że absolutnie nie, a pozycja Kościoła w Polsce jest silna, bo w czasach gdy nie było nas na mapie świata w kościołach była zakonserwowana polska kultura i tożsamość narodowa. Obecnie Kościół traci wpływy bo nie jest juz tak potrzebny, przez co buntuje się i robi dużo hałasu, stąd takie postrzeganie Polaków na świecie. Zresztą…nie dziwię sie gdy widzę w miastach takich ja choćby Wilno upiorne grupy polskich turystów o ponurych twarzach obwieszonych różańcami i modlących się na cale gardło w miejscach publicznych. Japończycy od razu wyciągają aparaty i fotografują tych dziwolągów nie rozumiejąc o co chodzi. Sam Tamasz i jego narzeczona Temeya, którzy robią za tłumaczy to ciekawa para. Trzy miesiące temu rzucili pracę w GB, sprzedali co mieli i kupili BMW GS 1200 i ruszyli w trasę, w której są od 3 miesięcy. Okazuje się, że dwa miesiące temu mijaliśmy się z nimi gdzieś w Maladze w Hiszpanii w trakcie podroży do Maroko.

Dzień 3

Po śniadaniu ruszamy na Transfogaraską na Curtea de Arges i około 10:00 jesteśmy już na Transfogaraskiej pod zamkiem Poenarii.
Zamek Poenari
Artur zostaje tu na śniadaniu, a my wspinamy się prawie 1500 schodów w upale 35 stopni na zamek Poenarii, główną górską twierdzę Vlada Tepesza vel Dracula. Wstęp 5 lejów, czyli 5 zł. Wchodzimy ponad 40 minut, masakra jak to wysoko. Schodzimy 20 minut. Jak masz nadwagę zawał murowany. Warto było bo widok z góry jest ciekawy a poza tym to historyczne, ważne miejsce.
Widok z Poenari
Na dole znowu jemy ciorbę i pijemy po pół litra niesamowicie dobrej cytronety wartej każdych pieniędzy. Potem dojeżdża do nas ekipa trzech Polaków na nakedach. Planują wejść na zamek ale haslo „1450” schodów robi swoje i tyle ich widzieliśmy. Ruszamy za nimi. Sama trasa Transfogaraska robi wrażenie. Miejscami konstrukcja drogi jest dosłownie przyklejona do pionowych zboczy. Warto zobaczyć i przejechać tą trasę, na mnie zrobiła dużo większe wrażenie od grzecznej Transalpiny. Zbudowano ją na rozkaz Nikolae Ceausescu, prymitywnego dyktatora komunistycznej Rumunii. Podczas budowy zginęło 40 żołnierzy, zużyto podobno 6 mln kg dynamitu. Droga do dziś daje chleb całej okolicy bo specjalnie do niej ciągną tu tłumy z Europy. A sam Nikolae…pamiętam z dziennika telewizyjnego, jak on i jego żona skończyli pod ścianą rozstrzelani przez własnych żołnierzy po próbie ucieczki z kraju, gdy komunizm zaczął padać.
Transfogaraska zakrety
Na przełęczy tłumy, spotykamy znowu Temeyę i Tamasza. Tamasz pokazuje mi co warto spróbować z wystawionych tu kiełbasiano czekoladowych straganów. Polecam kurtoscalacs, słodkie ciasto pieczone nad ogniem na drewnianym wałku. W Polsce jadłem to pod nazwą Chimney Cake. Pycha, to podobno tradycyjny rumuński przysmak. I to koniec naszej krótkiej Rumuńskiej przygody.
Przełęcz transfogaraska
Jedziemy od teraz do domu. Jeszcze na Transfogaraskiej spotykamy trójkę znajomych polaków przy charakterystycznym tunelu z którego leci strumyk wody. Jeden z chłopaków mówi że tunel ten pojawia się w 4 odsłonie gry Need For Speed. To dla mnie cenna informacja, bo jestem zapalonym graczem konsolowym, a coś takiego faktycznie pamiętam z NFS z wersji na PC.
Need For Speed Rumunia
Upał niemiłosierny więc moczymy w wodzie ubrania i jedziemy już ostro na Cluj-Napoca gdzie docieramy nocą w burzy i deszczu. Przepiękne miasto, które zbudowali Sasi. Warto tu zajrzeć na cały dzień. Nocleg znajdujemy 10 km dalej w przydrożnym pensjonacie.

Dzień czwarty

Z Cluj – Napoca kierujemy się do Satu-Mare gdzie mamy zamiar przekroczyć granicę z Węgrami. Polecam tę główną drogę bo dużo na niej szybkich zakrętów na odcinku Cluj-Napoca/Zalau. Na granicy Rumuńsko/Węgierskiej poważna kontrola. Emigranci z Afryki próbują przedostać się do Węgier i to jest powodem wnikliwej kontroli każdego samochodu. Wciskamy się do kolejki. Godzinę później kolejna granica Beregsurany/Berehowe na linii Węgry/Ukraina. Chcemy tak pojechać, ale Paweł nie może znaleźć paszportu. Ostatecznie jedziemy przy samej ukraińskiej granicy drugorzędnymi drogami przez Kisvarde, Cigand i Pacin do przejścia w Satoraljaujhelly. Ku mojemu zaskoczeniu wszystko to są nowiutkie drogi asfaltowe pierwszorzędnej jakości. Potem już tylko Słowacja, przejście graniczne w Barwinku i o 22 docieramy do Warszawy. Tego dnia przejechaliśmy we dwóch 850 km, Paweł na swojej Aprilii 130 więcej bo mieszka na Mazurach. Przed północą dostałem od niego smsa: „Właśnie dojechałem, już miałem zwidy”.
Transalpina
Na koniec: chcę tam pojechać raz jeszcze, zrobić więcej offroadu, zatrzymać sie na jeden dzień w Cluj-Napoca, na jeden dzień w Braszowie, wypić kilka butelek wina i objeść się do syta. Rumunia jest czysta i uporządkowana, architektura nie skażona udziwnieniami i fanaberiami, budownictwo i sztuka sakralna w przeciwieństwie do polskiej nie nosi znamion kiczu. Ludzie są bardzo pomocni i sami pytają jak mogą pomóc gdy rozkładasz mapy szukając drogi. Kilka razy przy wydawaniu reszty ekspedientki zaokrągliły kwoty na swoją niekorzyść, podobnie było przy przeliczaniu wartości lejów na euro w jednym pensjonacie. Po raz kolejny odniosłem wrażenie, że ostoją wartości europejskich nie są zalewane falą emigrantów z Afryki Niemcy, Francja czy Wielka Brytania ale Polska, Litwa, BiH, Węgry, Czechy czy właśnie Rumunia.

Konkrety:

  • Podroż trwała 4 dni od 31 do 3 września 2015 r.
  • Dystans: 2830 km
  • Koszt noclegów, paliwa i wyżywienia: 840 zł
  • Średnie zużycie paliwa Suzuki V-Strom 650 XT 4.2 L/100 km. Cena paliwa podobnie jak w Polsce.
  • Noclegi: Węgry – kemping w Hajduszoboszlo 22 E za bungalow, Rumunia – pensjonat w Novaci z domowymi kolacją i śniadaniem 21 E za pokój czyli na osobę o połowę mniej. Ostatni nocleg w podobnej cenie. Standard dosyć wysoki, wszędzie bardzo czysto. Planów na noclegi nie mieliśmy.
  • Granice: dowód osobisty na granicy z Rumunią w obie strony, pozostałe bez żadnych kontroli.
  • Ubezpieczenie turystyczne Warta Travel na wypadek pokrycia kosztów leczenia za granicą wykupione na 5 dni – 35 zł.

Tomek Dąbrowski

12 thoughts on “Rumunia na motocyklu

    • Pierwszy nocleg byl w Hajduszoboszlo na Wegrzech i tam nie ma zadnego problemu, zeby znalezc nocleg. Potem przy Transalpinie i Transfagoraskiej na poczatku i na koncu tras jest duzo pensjonatow i hoteli, jest w czym wybierac. Planowanie z gory to psucie sobie wyjazdu bo sie pedzi na adres a co 3 minuty jest jakis nocleg. Nigdy nic nie planuje z noclegami. Zakladam, ze np o 17:00 rozgladam sie za noclegiem i zwykle 10 min pozniej juz jakis mam. Trzeciego noclegu na tej trasie nie pamietam. Bylo okolo polnocy i nie wiem gdzie nocowalismy, nie zwrocilismy uwagi na nasza lokalizacje.

  1. Ostatni nocleg był na trasie wylotowej za miastem Cluj Napoca (na mapie chyba nazwane jest Kluż Napoka) w kierunku północny zachód. Tam złapała nas burza.W mieście jest sporo hoteli ale w tym do którego trafiliśmy nie było już miejsc. Kilka kilometrów za miastem (max 10km) zatrzymaliśmy się w przydrożnym hostelu ARMONIA EVENTS. Był bardzo przyzwoity. Miejsca telefonicznie zaklepał nam ktoś z obsługi z hotelu w którym się nie zmieściliśmy. Ludzie są tam pomocni i sami pytają czy może mogą w czymś pomóc. Akurat w tamtej okolicy zarówno w mieście, gdzie gubiliśmy drogę, jak i w hotelu kilkakrotnie bezinteresownie oferowano nam pomoc. Potwierdzam to co pisał Tomek. Nie ma co planować miejsca na nocleg. Rumunia jest super.

  2. Przeczytałem wiele relacji z wyjazdów do Rumunii, ale w żadnej nie spotkałem się z taką arogancją w słowie pisanym. Autor jest źródłem jedynej słusznej wiedzy i światopoglądu. A to Goldwingi wieśniackie, a to litrowe nakedy nienadające się na turystykę, a to spowalniający gość o małym zasięgu na zbiorniku, a to upiorne twarze w Wilnie. Nie chciałbym z kimś takim jechać na żadną wyprawę.

    • Dziękuję za komentarz, każdy szanuję, pozdrawiam. Sprostuję tylko, że Wilno jest na Litwie. Podtrzymuję zdanie, że sportowe motocykle na 250 km szutru to nienajlepsza opcja a robienie dyskoteki z kolorofonami na szczycie górskiej przełeczy to mega wiocha i buractwo. Nie każdy jedzie w góry po to, żeby na przełeczy słuchać disco polo.

  3. Rozczarowująca ignorancja autora! Kultura i tolerancją niestety są mu obce! Żenujący artykuł zadufanego w sobie pseudo intelektualisty.

    • Dziękuję za komentarz. W stosunku do buractwa, rasizmu i chamstwa moja tolerancja równa się Zero. Nie podchodzi mi disco łomot w górach czy lesie, pety na plaży i mycie motocykla w wodzie z jeziora. Ale za komentarz dziękuję, to zawsze powód do refleksji, nawet dla takiego agresywnego głupola jak ja.

  4. Witam,
    Bardzo fajnie napisane,
    Czy namioty i reszta biwaku jest zbędna na taki kierunek tylko dłużej około 10 dni z Ukrainą?
    Pozdrawiam serdecznie

    • Rumunia od Polski niewiele się różni, Ukraina za to różni się kompletnie. W Rumunii mozesz rozbijać namiot jak masz ochotę, na Ukrainie wolałbym się z namiotem nie rzucać w oczy bo tam jest taka bieda, ze w Europie nie ma do czego porównać. Na pewno na Ukrainie unikałbym spania w namiocie w pobliżu miast. Nie bez powodu nikt na Ukrainie nie ubezpieczy ci motocykla od kradzieży. Kilka miesięcy temu ponownie przejechałem Ukrainę w drodze do Mołdawii, noclegi pod dachem a motocykle za ogrodzeniem. Można tak i tak w obu krajach, u mnie decyduje pogoda, aktualny stan finansów i czy chce mi sie tarfać dodatkowy bagaż. Noclegi znajdziesz bez problemu, w Karpatach przy Transalpinie i Teansfogaraskiej co chwilę. Na Ukrainie hotele.

    • Obydwoje rozstrzelano 25 grudnia i do 30 leżeli w kostnicy a potem pochowali ich na cmentarzu Ghancea i Elena do dziś jest tak samo martwa. Podczas procesu, który trwał godzinę zarzucono im doprowadzenie do śmierci ponad 60 tys. obywateli.

  5. Dziękuję, fajny artykuł. Każdy ma prawo do subiektywnego postrzegania świata, jednemu pasuje to a innemu tamto.
    Szacuneczek 4 dni i prawie 3000 tys km… i to jeszcze singlowa Apka w pakiecie. Kłaniam się nisko panowie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *